Wyprawa rowerowa - Sudety 2011

16.07 - 03.08.2011 - 1065 km

Szymon…

Znalezienie towarzystwa do wspólnego wyjazdu nie jest zadaniem prostym, trzeba zgrać terminy oraz oczekiwania, jeden chce zwiedzać rynki we wszystkich miastach, a drugiego interesuje tylko kontakt z naturą. Noclegi też trzeba zgrać, jeden chce spać „na dziko” pod namiotem, a drugi w hotelach, podobnie jest z kuchnią, można gotować w menażkach lub stołować się w restauracjach. Dlatego też kompana najlepiej szukać na forach internetowych poświęconych turystyce rowerowej. Tak właśnie zgadałem się z Szymonem z okolic Warszawy. Interesował nas wyjazd całkowicie rekreacyjny, bez zbędnego przemęczania się, czy bicia rekordów. Jako cel obraliśmy sobie Sudety, głównie czeską stronę. Co z tego wyszło zobaczcie sami…

Noclegi

Najczęściej spaliśmy całkowicie „na dziko” w namiotach, rozbijaliśmy się w lasach, na łąkach lub polankach. Dachu nad głową szukaliśmy w sytuacjach, gdy wg prognozy miało padać cały następny dzień, wtedy instalowaliśmy się po różnych agroturystykach lub schroniskach.

Kuchnia

Nic tak nie smakuje jak własnoręcznie przyrządzony ryż z menażki. Wyposażeni byliśmy w kuchenki turystyczne, tak więc z gotowaniem nie było problemu. Ryż, makaron, zupki chińskie, do wyboru, do koloru.

Pogoda

Pogodę mieliśmy super, deszcz padał tylko przez 4 dni naszej Wyprawy, resztę czasu towarzyszyło nam mniej, lub bardziej intensywne słoneczko. Nie za ciepło, nie za zimno, po prostu w sam raz.

Czechy

Niby tak blisko Polski, a jednak mentalność całkiem inna, to co nas zaskoczyło zaraz po wjeździe do tego kraju to bardzo duża ilość rowerzystów. Jeżdżą wszyscy, młodzi, starzy, jeżdżą sami i w grupach, nawet z maluchami w przyczepkach, całymi rodzinami. Gorąco się pozdrawiają poprzez podniesienie dłoni i „ahoj!”. Drogi dużo lepsze niż w Polsce, kultura jazdy również nas pozytywnie zaskoczyła, Czesi jeżdżą dużo spokojniej i bardziej uważają na rowerzystów. Na większości aut widać mocowania pod bagażniki rowerowe.

Dzień 1
16. lipca (sobota) Rataje k/Brzegu Dolnego – 103 km

Kilka minut po godzinie 8 wyruszam z Jeleniej Góry. Z Szymonem umówiony jestem na jutro w Żmigrodzie. Straszny upał, wieczorem przekraczam Odrę, najpierw chciałem to zrobić w Malczycach, ale okazało się, że most istnieje tylko na mojej mapie i musiałem wracać się na Lubiąż, no cóż, przyroda. Zaczynam szukać noclegu, niestety okoliczne wioski nie wyglądają zachęcająco, w następnej miejscowości postanawiam zapytać w pierwszym lepszym domku. Pan w hamaku od razu zgadza się, abym rozbił sobie namiocik u niego na trawniku. W między czasie poznaję jego syna - Tomka, który jak się okazuje studiuje ten sam kierunek co ja kiedyś. Pani domu pozwala mi skorzystać z łazienki, tak więc z myciem nie ma problemu. Przed snem bawię się jeszcze z ich psiakiem, który obszczekał mój namiot. Instaluje się w namiocie i po godzinie 21 zasypiam.

Dzień 2
17. lipca (niedziela) Nowy Zamek k/Milicza – 89 km

Wczesnym rankiem pakuję manele, chcę podziękować gospodarzom za nocleg, ale niestety jeszcze śpią, zostawiam więc karteczkę z podziękowaniami i wyruszam. Dzisiaj mam poznać Szymona, słoneczko grzeje pełną mocą. Po południu, koło Żmigrodu spotykam się z Szymonem, okazuje się on bardzo fajnym gościem, nawet poczucie humoru mamy podobne, co rzadko się zdarza. Razem pedałujemy sobie wesoło na Stawy Milickie. Wieczorem rozbijamy się w lesie, okazało się, że Szymon ma mały… no wiecie… namiocik :D Pewnie w tym tkwi źródło jego kompleksów ;) Gotujemy ryż i zajadamy z pysznym sosikiem. Później odczytuje smsa z prognozą pogody i zasypiam.

Dzień 3
18. lipca (poniedziałek) Stradomia Wierzchnia k/ Sycowa – 64 km

Noce są bardzo ciepłe (nawet 14 stopni), muszę spać nago, bo inaczej w śpiworze można się ugotować. Jedziemy na południe, w kierunku Prudnika, ponieważ Sudety postanowiliśmy zwiedzać ze wschodu na zachód. Poruszamy się głównie bocznymi dróżkami, czasami typowo leśnymi, zajadamy się jeżynami i malinami. Na mijanych wioskach kury, kaczki, kozy, konie, krowy i bociany.

Dzień 4
19. lipca (wtorek) Popielowska Kolonia k/Brzegu – 78 km

Kontynuujemy jazdę na południe, dookoła pola, przy przydrożnych kwiatach latają motyle, gdy przejeżdżamy latają wokół nas. Wieczorem długo szukamy miejsca na nocleg, rozbijamy się w lesie.

Dzień 5
20. lipca (środa) Pokrzywna k/Prudnika – 89 km

Dzień całkiem przyjemny, jednak prognoza zapowiada deszcz a my zmierzamy na Prudnik, po drodze widać już zarys gór. W Prudniku nie możemy znaleźć noclegu, kontynuujemy więc jazdę dalej w kierunku Gór Opawskich. Wreszcie w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym w Pokrzywnej, za całkiem dogodną cenę (25zł/doba) możemy przeczekać padający przez dwa dni (czwartek i piątek) deszcz. Jednym z założeń Szymona było próbowanie regionalnych kuchni, więc idziemy na pstrąga z okolicznych stawów. Szymon na pewno nie zakładał, że znajdzie u siebie pasażera na gapę – kleszcza a jako, że nie mamy zbytnio czym go wyjąć, robimy to kombinerkami z zestawu podręcznych narzędzi. Szymon bardzo się przejmuje „pasażerem”, mówię mu „nie martw się, będziesz żyć… przynajmniej do końca mojego urlopu”. Nie rozumiem dlaczego nie poprawiło mu to humoru.

Dzień 8
23. lipca (sobota) Žleb – 85 km

Wjechaliśmy do Czech! Zaczynają się pierwsze długie i namiętne podjazdy, dla Szymona to nowość, podobnie jak zjazdy po serpentynach. Yeah! Na jednym z podjazdów, na środku drogi zauważam małego ptaszka, zabieram go do lasu i pouczam, aby przechodził na pasach. Po południu rozkładamy się na polance z widokiem na góry i gotujemy obiadek, zjadamy go w blasku słońca i jedziemy dalej. Miejsce po wizycie „pasażera na gapę” daje o sobie znać, szukamy lekarza po okolicznych miejscowościach, niestety nadaremnie. Decydujemy się wrócić na Polską stronę.

Dzień 9
24. lipca (niedziela) Międzylesie – 34 km

Rano przy składaniu namiotów napotykamy sporo winniczków. Pewnie zwabił je zapach sosu, który rozlałem. Pedałkujemy do Międzylesia, tam szukać lekarza. Niestety jest niedziela i wszystko pozamykane, na mapie mamy zaznaczone pole namiotowe, które w rzeczywistości okazuje się trawnikiem na placu zabaw. Na szczęście obok jest agroturystyka, właściciel życzy sobie „jedyne” 35 zł za nocleg, targujemy się do 25 zł. Kupujemy pizze i korzystamy z Wi-Fi gospodarza.

Dzień 10
25. lipca (poniedziałek) Złotno k/Duszniki – Zdrój – 54 km

Jedziemy Drogą Śródsudecką, wzdłuż rzeki Dzikiej Orlicy – bajka! Na drugim brzegu Czechy. Przepiękna trasa, co chwilę widok na rzekę i masa rowerzystów, głównie Czechów naturalnie. Zatrzymujemy się na posiłek, mój rowerek obsiadają motylki.

Dzień 11
26. lipca (wtorek) Machovská Lhota – 28 km

Postanowiliśmy zwiedzić Park Narodowy Gór Stołowych, ale lokalizacja była nie po drodze, więc żeby nie zjeżdżać najpierw w dół a potem podjeżdżać, postanowiliśmy iść na skróty… tak, iść, szlakiem pieszym. Na mapie to był kawałeczek, uznaliśmy, że co by nas nie zastało, to damy radę. Problemy zaczęły się już na początku, ze znalezieniem szlaku, okazało się, że biegnie on przez łąkę, z trawami prawie po szyję, a ostatnia osoba szła tamtędy wieki temu. „Ale co to dla nas” - pomyśleliśmy, „dalej na pewno będzie lepiej, a jak nie to przecież to tylko kawałeczek”. Dalej faktycznie było lepiej… lepiej nie mówić. Po nocnych opadach, na polance, o przepraszam, na szlaku, stała spora ilość wody, więc buty mieliśmy mokre już na „dzień dobry”. Trasa była poprowadzona tak sprytnie, że chyba trzy razy musieliśmy przekraczać ten sam strumień, co z załadowanymi rowerami było prawdziwym wyzwaniem. Szlak zabrał nam dwie godziny, ale wrażenia… niezapomniane!

Dzień 12
27. lipca (środa) Bukówka – 58 km

Zdecydowaliśmy się jechać szlakiem ER-2, który powiódł nas na Polską stronę. Późnym popołudniem rozbiliśmy namioty nad Jeziorem Bukówka. Pływające śmieci nie zachęcały do kąpieli, wieczorem mój namiot odwiedziła myszka.

Dzień 13
28. lipca (czwartek) Miłków – 53 km

Rano przywitało nas słoneczko. Jezioro o poranku wyglądało nadzwyczaj ładnie, pobliskie góry odbijały się na tafli wody, dookoła panowała błoga cisza. Zebraliśmy graty i dalej, szlakiem ER-2 wjeżdżaliśmy w Karkonosze. Podjazd był długi i męczący, w międzyczasie mocno się rozpadało, przewrócone drzewa zmuszały do przenoszenia rowerów. Później jednak promienie słońca znów padały na nasze twarze. Chmury przeszły dalej, zrobiło się ciepło i bardzo przyjemnie, widok na kotlinę zapierał dech w piersiach.

Dzień 14
29. lipca (piątek) Chatka Górzystów (Góry Izerskie) – 58 km

Kontynuujemy jazdę szlakiem ER-2, nad Jagniątkowem dołącza do nas Magda, jedzie z nami, aż do Szklarskiej Poręby, tam się rozdzielamy. Magda jedzie drogą krajową do Jeleniej Góry, uwielbia spychać TIRy z drogi i kąsać je w oponki. Szymon i ja ruszamy dalej – Izery czekają. W Jakuszycach uświadamiamy sobie, że tak dobrze nam się jechało, że nie zrobiliśmy żadnych zakupów, na jedynej w okolicy stacji kupujemy co się da. Sprzedawca wita nas słowami „Co, coś na przetrwanie?”. Zajeżdżamy do schroniska Orle, ale z braku wolnych miejsc dosiadamy się do dwóch dziewczyn, zjadamy naleśniki i wyruszamy w kierunku czeskiej Izerki, z nadzieją na nocleg. W hotelu życzą sobie jedyne 1200 koron (prawie 200 zł) za noc. Mówimy więc „Ahoj!’ i wracamy na Orle. Tam również cena nas nie satysfakcjonuje, decydujemy się na Chatkę Górzystów. To był strzał w dziesiątkę, fantastyczne miejsce, nocleg tylko 18 zł, szybko odnajdujemy, spotkane wcześniej, na Orlim dziewczyny. W Chatce nie ma prądu, w ciemnościach słychać ciężkie krople deszczu i porywiste podmuchy wiatru. Po chwili przychodzi para ostatnich współlokatorów, przekonani o tym, że wszyscy śpią zaczynają swoje miłosne igraszki.

Dzień 16
31. lipca (niedziela) Przylasek k/Leśnej – 35 km

Skończyły nam się zapasy, co prawda Chatka Górzystów oferuje przepyszne naleśniki, ale nie o to chodzi w turystyce rowerowej. Śpiwór Szymona nie jest przystosowany na górskie warunki, więc decydujemy się zjechać na niziny – kierunek Bory Dolnośląskie. Pogoda jest niezadowalająca, jedziemy do cioci mojego znajomego, tam zostajemy na noc.

Dzień 17
01. sierpnia (poniedziałek) Mielno k/Żar – 71 km

Znów na nizinach, krajobraz zmienił się diametralnie, wesoło pedałujemy wśród Borów Dolnośląskich, dopiero na tych terenach możemy liczyć na obfitość strumieni z łatwym dostępem do wody. Rozbijamy się koło jeziora i idziemy spać.

Dzień 18
02. sierpnia (wtorek) Leszno Dolne k/Szprotawy – 64 km

Bory Dolnośląskie ciąg dalszy, staramy się jeździć asfaltowymi drogami, ponieważ te leśne szybko zamieniają się w piach, zmuszając nas do prowadzenia rowerów. Dookoła wydmy, krajobraz jak nad morzem, tylko morza brak. Łatam dziurawą dętkę i idziemy spać. To był ostatni dzień wspólnego pedałowania. Jutro wracamy do domów.

Dzień 19
03. sierpnia (środa) Jelenia Góra – 102 km

Ostatni dzień podróży, rano pakujemy się i… każdy pojedzie w swoją stronę. Szymon wyruszy na północ, do swojego domku w Pipidówie. Ja jadę na południe, na Bolesławiec i już po kilku kilometrach przywitał mnie sznur TIRów. Musiałem zmienić trasę, niestety wiodła lasami, a tam piach, piach i jeszcze więcej piachu, tak z 20 km. Dwa razy przecinam autostradę i docieram do Bolesławca, dalej zjeżdżam z głównej drogi i jadę okolicznymi wioskami, raz drogą asfaltową, raz drogami polnymi, pełnymi błota. Po drodze podziwiam widoki na Góry Kaczawskie i Ostrzyce Proboszczowicką – wygasły wulkan, zwany również Śląską Fudżijamą. Zamiast 80 km zrobiłem dodatkowo ponad 20 km. O 17-stej sms od Szymona, jest już w domu, ja drzwi swojego domu zobaczyłem dopiero o 20.00. Home Sweet Home, jak to mówią… nie dla mnie, już marzy mi się następna wyprawa.